Kilka patentów, jak dłużej cieszyć się narciarstwem
Jacek Trzemżalski
Na nartach jeżdżę bez mała 35 lat… Jak ten czas szybko zleciał. Pamiętam jak dziś swoje pierwsze narty – oczywiście drewniane, ze skórzanymi wiązaniami z ruchomą piętką typu telemark. Jak się ich nie posmarowało, to praktycznie nie dało się jeździć.
Przez te wszystkie lata nauczyłem się różnych praktycznych patentów, jak nie dać się uszkodzić i odpukać: na nartach nie zdarzył mi się żaden poważny wypadek, a najgroźniejszy upadek zaliczyłem… gdy pękły mi na mrozie słynne buty Kasprowy i bez żadnej kontroli straciłem obie narty. Ale to było dawno i nieprawda.
Tym, co stosuję na własny użytek w zakresie bezpieczeństwa, podzielę się teraz z Wami.
Euforia
Ważna zasada, którą wbrew pozorom nie tak łatwo zastosować w praktyce, to nie poddawanie się euforii. Najczęściej euforia pojawia się pierwszego dnia na nartach – kto tego nie doświadczył! Ale też wtedy, kiedy nauczymy się nowej techniki, albo nowego triku. Nie można jej ulegać! Trzeba zapanować nad emocjami. Wykonanie jakieś techniki, czy pierwszy w pełni udany zjazd nie oznacza, że jesteśmy już królami stoku.
Niestety byłem świadkiem kilku wypadków, których bezpośrednią przyczyną była euforia z jazdy i ze znalezienia się na śniegu. Mój dobry znajomy – niezły skądinąd narciarz – stanął na nartach w Austrii w piękny słoneczny dzień, po całonocnej podróży samochodem i nie zdążył zjechać dwa razy, kiedy już leżał w poważnym wypadku. Skończyło się na wielodniowym pobycie w szpitalu w St. Johann i problemach neurologicznych, które trwają do dziś.
To wręcz podręcznikowy przykład euforii i nie tamowania roznoszącej nas energii. Jak już wspomniałem – nie musi być ona związana z pierwszym dniem na nartach. Może się pojawić w innych okolicznościach np. kiedy spadnie świeży śnieg, a my mamy ciągoty poza trasę, albo w pierwszy słoneczny dzień po kilkudniowej szarudze itd., itd., Nasze percepcja jest zaburzona, a ocena realnych możliwości wręcz niemożliwa do zobiektywizowania.
Nie wstydźmy się w gronie znajomych poruszać tego tematu – obserwujmy się nawzajem i wymieniajmy opinie. Nikt nie lubi kończyć zimowych wakacji na wózku inwalidzkim!
Przerwy
Kluczem do dobrej jazdy jest dawanie organizmowi możliwości regeneracji. Problem przerw w jeździe jest związany także z poprzednim punktem – bowiem po długiej przerwie w narciarstwie mamy tendencję do „zarżnięcia” się już pierwszego dnia. Niektórzy mówią:
- „Daj spokój – muszę się wyjeździć”
A ja przewidując przyszłość odczytuję:
- „Muszę się zarżnąć”
Nie ma cudów – choćbyśmy się nie wiem jak przygotowywali do sezonu kondycyjnie, wysiłek mięśniowo-stawowy na nartach nie podobny jest do żadnego innego. Trzeba mięśnie oswajać powoli. To żadna sztuka zakwasić się pierwszego dnia – naprawdę. Wystarczy brak rozgrzewki i kilka zjazdów góra-dół bez zatrzymania. Zmęczone nogi nie zareagują już tak szybko jak wypoczęte, a regeneracja zakwaszonych mięśni może potrwać kilka dni! Dlatego jeszcze raz apeluję – nie dajmy się zwariować pierwszego dnia!
Osobna sprawa to zatrzymywanie się podczas jazdy. Moja prywatna zasada brzmi:
- „Lepiej zrobić dwa dobre skręty, niż dwadzieścia złych”
Na zmęczonych nogach nie da się dobrze skręcać – nie da się przycisnąć narty do śniegu. Dlatego gdy czujemy początek zmęczenia, lepiej się zatrzymać. Niektórzy powiedzą, że to nie „rycersko”, że jeździ się „góra-dół”.
Też tak kiedyś jeździłem – mniej więcej 20-15 lat temu. Gdy teraz mam wątpliwości, to przypominam sobie naczelną zasadę:
„Lepiej zrobić dwa dobre… etc.”
Oprócz interwałów na trasie warto, a nawet trzeba zrobić jedną dłuższą przerwę w ciągu dnia. Ja zwykle wybieram takie miejsce, gdzie mogę zupełnie zdjąć buty. Nogi zawsze podziękują za danie im takiego komfortu.
Nie chodzi nawet o to, żeby koniecznie jeść. Ot baton muesli lub coś kalorycznego powinno wystarczyć, ale na pewno trzeba uzupełnić płyny. Odwodnieni stanowimy zagrożenie dla siebie i innych! Odwodnione mięśnie szybciej się męczą, a mózg nie pracuje tak szybko jak powinien.
Gdzie się zatrzymać
To kolejny kluczowy problem związany z bezpieczeństwem i choć wiele się mówi na ten temat, to wielkiej poprawy nie ma. Niestety, najgorsze do zatrzymania miejsce znajduje się za garbem. Jest to jednak tzw. „miejsce naturalnego postoju”. Dlaczego? Dlatego, że wjeżdżając z płaskiego na stromy odcinek zwalniamy instynktownie i zatrzymujemy się, by się rozejrzeć i dać mięśniom odpocząć przed pracą na stromym. To najgorsze, co możemy zrobić, bo Ci z góry nas nie zobaczą w porę i nie zdążą wyhamować, tym bardziej, że sami będą się chcieli najpierw „rozejrzeć”.
Zatem gdy widzimy garb, zatrzymajmy się dużo przed nim!!! Odpoczniemy jeszcze na płaskim – bez stresowania siebie i innych. Po odpoczynku będziemy mogli garb przejechać w ciągu z całą stromizną, czym wywołamy podziw wszystkich, którzy „wymiękli” na garbie. Ja zawsze tak robię…
Muszę dodać, że nie zatrzymujemy się w przewężeniach i na środku trasy. To niby oczywiste, jednak gdy widzę czasem, co się dzieje na stokach, to wcale takie oczywiste nie jest.
Zmorą stoków są niestety snowboardziści. Bez obrazy – kto dobrze jeździ na desce, ten się nie obrazi, ale deskarz siedzący za garbem na środku trasy to wcale nie rzadkość, a przede wszystkim śmiertelne niebezpieczeństwo!!! Mam swój patent w takim momencie. Raczej dość dobrze panuję nad nartami, więc przejeżdżam blisko takiego „pingwina” i obsypuję go śniegiem. Tak – po prostu! To tylko pozór bezczelności – w rzeczywistości ratuję mu życie, bo ktoś jadący za mną może go w porę nie zauważyć! Nie sposób zawsze się zatrzymywać i tłumaczyć „jak sołtys krowie na miedzy”, że nie wolno tu siedzieć!
Koniec trasy
Końcówka trasy to z reguły najbardziej newralgiczne miejsce, jeśli chodzi o wypadki narciarskie. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze nogi są zmęczone, po drugie często są tam zwężenia, po trzecie chcemy już dojechać na dół, bo odpocząć, po czwarte – co nie każdy jest w stanie wychwycić – dół tras jest miejscem, gdzie najwięcej działają armatki i co za tym idzie jest tam najwięcej sztucznego śniegu, który dużo szybciej się wyladza.
Często wydaje nam się, że to nogi nie trzymają tak jak na górze, a to po prostu zmieniła się struktura śniegu. Nartę trzeba mocniej docisnąć, żeby weszła na krawędź. Dodatkowo widząc kolejkę do wyciągu chcemy się dobrze zaprezentować i jedziemy dłuższy odcinek bez zatrzymania. Te wszystkie czynniki powodują, że nogi jeszcze szybciej się męczą i… klops!
Rozwiązanie problemu jest proste! Trzeba zatrzymać się wyżej – nogi odpoczną, kolejka nie zauważy że to my, a po takim „reście” cały dolny odcinek zjedziemy z gracją i na lekko.
Znów przykład z życia – mój narciarski przyjaciel, który towarzyszył mi w wycieczce na słynną Streifę w Kitzbuhel miał poważny upadek właśnie nie na stromym, ale tuż po zjechaniu ze stromego, gdzie zamiast trzymać narty w skręcie, puścił je, by jak najszybciej znaleźć się na dole w upragnionym odpoczynku. Jak wiadomo upadki przy małej prędkości mogą się skończyć dla kolan bardzo źle i tak było i w tym przypadku, choć na szczęście obyło się bez helikoptera i szpital był dopiero w Polsce.
Myślimy za innych
Na trasie nie możemy myśleć tylko za siebie. Musimy myśleć także za innych. Dlatego kask nie chroni nas od uderzeń w śnieg (pół biedy), czy kamień i drzewo (nie daj Boże!), ale przede wszystkim chroni nas przed uderzeniem w nas innego narciarza.
Musimy wyprzedzać rzeczywistość i mieć oczy dookoła głowy. Nie zakładamy, że ktoś przed nami na pewno skręci w lewo czy w prawo i na pewno się zmieścimy. Trzeba zostawić odpowiedni dystans na każdą ewentualność.
Gdy trasy się łączą, musimy zwolnić i popatrzeć w górę, czy nikt nie najedzie na nasz tor jazdy. Gdy się musimy gwałtownie zatrzymać, warto się upewnić, czy nikt nie jest tuż za nami. Kiedy jesteśmy w grupie, nie ruszamy wszyscy razem. Kilka razy byłem świadkiem fenomenu, że mimo całej pustej i szerokiej trasy, dwie osoby z tej samej grupy, poruszające się z dużą prędkością, miały w sobie dziwny magnetyzm i lgnęły niebezpiecznie ku sobie!
Ostatni zjazd
Zachowujemy szczególną uwagę podczas „ostatniego” zjazdu. Może być to ostatni zjazd przed jedzeniem – piciem, kiedy już myślimy o smaku ulubionego napoju, albo ostatni zjazd danego dnia, kiedy myślimy o saunie i kolacji. Na ostatnim zjeździe trzeba się skupić. Nie lekceważyć go. Jesteśmy zmęczeni i rozkojarzeni, ale musimy wykonać pracę dokładnie, a przede wszystkim bezpiecznie! Starajmy się, żeby nie był to rzeczywiście „ostatni zjazd” w sezonie, czego Wam i sobie serdecznie życzę!



Wysyłam...





dzięki bardzo, niby oczywiste a jednak warto się nad takimi rzeczami zastanowić, dobry artykuł, pozdrawiam, rafi.