Andrzej Bachleda-Curuś – rozmowa o przeszłości i przyszłości narciarstwa

Andrzej Bachleda-Curuś

Andrzej Bachleda jest legendą polskiego narciarstwa alpejskiego. Choć szczyt jego kariery zawodniczej przypadał na początek tak 70-tych XX wieku, wciąż jest najbardziej utytułowanym polskim alpejczykiem. Andrzej Bachleda jest jedynym Polakiem, który wygrał zawody Alpejskiego Pucharu Świata, 6 razy stawał na podium Pucharu Świata, był Wicemistrzem Świata w Kombinacji. Wciąż jest mocno zaangażowany w życie środowiska narciarskiego i o różnych aspektach narciarstwa można by rozmawiać z Panem Andrzejem godzinami. Oto zapis naszej niedawnej rozmowy…

SKI: Panie Andrzeju – niezwykle mi miło, że znalazł Pan czas na rozmowę ze SKI magazynem. W Nowym Roku będziemy mogli zaprezentować naszym czytelnikom szalenie ciekawy materiał, który może powstać po każdej rozmowie z Panem…
Andrzej Bachleda-Curuś: Chciałem przy okazji nawiązać do nazwy SKI. Mój dziadek używał wyłącznie nazwy „ski” na określenie narciarstwa. Sam nie wiem kiedy i dlaczego nagle w naszym języku pojawiło się słowo „narty”. Właściwie powinienem to wiedzieć, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć…

SKI: Pochodzi Pan z rodziny, która tradycje narciarskie miała wpisane w swoją historię, właściwie od początku odkąd istnieje narciarstwo w Polsce.
ABC: Prawdę powiedziawszy są to tradycje górsko-narciarskie. Miałem przyjemność i szczęście znać mojego pradziadka (jako mały chłopak), który nazywał się Jakub Gąsienica-Wawrytko. Był to potężny góral. Znakomity przewodnik, który dokonał wielu pierwszych przejść taternickich, w tym także zimowych. Brał on m.in. udział w stawianiu krzyża na Giewoncie. Był odpowiedzialny za wycięcie w skale fundamentów krzyża. Pracował przy tym z moją prababką i zajęło im to kilka tygodni. Pradziadek współtworzył TOPR z Mariuszem Zaruskim. Tworzył Orlą Perć montując na niej ubezpieczenia. Być może górska historia naszej rodziny zaczęła się jeszcze wcześniej, ale o tym nic mi nie wiadomo. Jakub Gąsienica-Wawrytko miał sześciu synów – w tym mojego dziadka. Wszyscy byli znakomitymi przewodnikami i wspinaczami. Dokonali wielu pierwszych przejść, niestety część z nich wykreślono z historii z różnych powodów, ale o tym nie będę mówił. Wszyscy byli też świetnymi tancerzami, ale tak jak powiedziałem przede wszystkim byli zawodowymi przewodnikami: Wojciech Wawrytko, Andrzej Wawrytko, Jakub Wawrytko, Staszek Wawrytko – czyli właśnie mój dziadek i Józef Wawrytko. Byli bardzo mocno związani z górami i siłą rzeczy także z nartami. To była rodzina ze strony mojej mamy. Natomiast mój ojciec był znakomitym narciarzem. Uważamy był ze jeden z największych talentów, które się pojawiły w Zakopanem przed wojną. Niestety II Wojna Światowa zabrała mu najlepsze lata. Moja matka oczywiście także jeździła na nartach. Narciarstwo było w naszej rodzinie wpisane po prostu w normalne, codzienne życie…

SKI: Jak rozumiem, był to całkowicie naturalne, że gdy spadł śnieg, to jeździło się na nartach?
ABC: Był to absolutnie stały element zimowej codzienności. Nie traktowaliśmy tego jako czegoś nadzwyczajnego.

SKI: Warto chyba podkreślić, że Zakopane w czasach przedwojennych, ale także i jeszcze po wojnie nie było narciarskim „Drugim Światem” czy może nawet „Trzecim Światem”. Nawet w skali światowej, było to miejsce tętniące narciarskim życiem…
ABC: Absolutnie się z tym zgadzam. Zakopane wtedy – tzn. gdy byłem młodym chłopakiem, było jednym ze światowych centrów narciarskim. Miałem skalę porównawczą, bo w wieku 13 lat pojechałem na pierwsze międzynarodowe zawody zagranicę. Od tamtej pory praktycznie co roku wyjeżdżałem na zawody zagranicę, chyba że nie pozwalały mi na to kontuzje.

SKI: Gdzie były te pierwsze zawody?
ABC: Te akurat były w Mariborze w ówczesnej Jugosławii, a w obecnej Słowenii. Przyjechałem do miejsca, które wcale nie było ani nie lepsze, ani też wiele gorsze od Zakopanego. Później wiele razy byłem we Francji czy Włoszech, gdzie jeździłem na tzw kryteria juniorów. Zakopane w tych czasach z wciąż nowoczesną kolejką na Kasprowy, z Gubałówką i z Nosalem dostępnym dla wyczynu, no i przede wszystkim z 7 klubami, które wtedy istniały w mieście, było porównywalne z najlepszymi ośrodkami. Każdy klub miał mocnych trenerów i instruktorów, a na dodatek każdy klub starał się mieć swój własny wyciąg narciarski – czy to w formie wyrwirączki, czy trochę lepiej. Absolutnie życie sportowe w Zakopanem było bardzo mocne. Gdy były zawody w Zakopanem – nawet takie regionalne – to na starcie stawały setki chłopców i dziewcząt. Nie dwójka czy trójka, czy dziesiątka, ale setki! Młodzież żyła nartami i tak to trwało przez wiele lat.

SKI: Kiedy mniej więcej nastąpił ten moment, że zaczęliśmy odstawać od narciarskiego świata?
ABC: Pierwsze symptomy „fizyczne” zaczęły się zaraz po wojnie. Mam na myśli zmianę myślenia o rozwoju turystycznym i narciarskim danym regionów. Było wtedy inne priorytety polityczne, a narciarstwo było uważane mimo wszystko za sport elitarny, co było według mnie kolosalnym błędem. Z drugiej strony, co tu dużo mówić, byliśmy po wojnie po prostu biednym narodem. Można oczywiście narzekać na system, bo wszystkie środki były gdzieś wysysane, ale możliwości finansowe np. miasta czy państwa były znikome. Nie było pieniędzy na rozwój infrastruktury narciarskiej. Dlatego mówię – zaczęliśmy odstawać przede wszystkim „fizycznie”. Nie budowało się dynamicznie nowych wyciągów i jeździliśmy zasadniczo na tym co było. Jednak mimo tych warunków były inicjatywy, które popychały rozwój. Inicjatywa powstania trasy narciarskiej na Nosalu, to była właśnie jedna z takich nowych rzeczy. O ile dobrze pamiętam, trasa ta powstała w 1955–1956 roku: w sercu „komuny”. W 1961 roku powstały nowe skocznie, no i wreszcie Mistrzostwa Świata FIS w 1962 roku, na wzór tych dwukrotnie rozegranych przez wojną (w latach 1929 i 1939), zorganizowano także w samym środku komuny. Następny krok to budowa krzesełka na Gąsienicowej w latach 60-tych. Początek lat 70-tych to znowu krzesło na Goryczkowej. Nie były to łatwe przedsięwzięcia, ale jednak udało się to zrobić. Od tego czasu, co by nie mówić, wszystkie inicjatywy zostały całkowicie zablokowane. Ta blokada to jest najbardziej tragiczno-kuriozalna sytuacja. W pewnym momencie Tatrzański Park Narodowy zajął strasznie dużo miejsca. Zaczął się nie tylko rozwijać, ale i „rozbijać”, tworząc potworne struktury wewnętrzne, no i siłą rzeczy zaczął coraz bardziej narzucać swój punkt widzenia, co do korzystania i postrzegania Tatr. Uważam, że w tej chwili Park Narodowy jest taką ostatnią wyspą z poprzedniego systemu, która narzuca nam wszystkim sposób zachowania się w Tatrach i sposób korzystania z tych gór. Park eliminując praktycznie narciarstwo z Tatr zrobił najbardziej anty ekologiczną robotę, jaką mógł zrobić, z czego być może mało kto zdaje sobie sprawę. W ten sposób wpłynął na odbiór narciarstwa przez resztę Polski, ale przede wszystkim „zakopał” Zakopane. Przez to, że park stworzył tego rodzaju bariery, czyli drut kolczasty pod reglami dla narciarstwa w Tatrach, wpłynął on na zmianę klienteli zakopiańskiej, a nawet na sposób zachowania się tejże klienteli w samym mieście. Tak jak ja to rozumiem – ekologia to jest powiązanie poszczególnych ekosystemów, a w tym momencie ekosystem górki został całkowicie odcięty od reszty i stąd Zakopane się „zakopało i zakopuje” się coraz bardziej. W tej chwili jednym z symboli Zakopanego jest całkowity brak narciarstwa wyczynowego wśród dzieci. Są owszem skocznie, ale powiedzmy sobie szczerze – skoki to sport niszowy – uprawia go parędziesiąt osób – czy też paręset w całej Polsce. Narciarstwo tymczasem jest sportem wciąż popularnym – masowym, gdzie na czubie tego narciarstwa powinien być dobry młody alpejczyk, który jeździ, a za nim drugi, dziesiąty, setny itd. W samym Zakopanem w tej chwili wśród chłopaków nikt nie jeździ, a wśród dziewcząt na szczęście jest parę, które mają inicjatywę. Poziom jest ciut wyższy, ale na poważnie to ten wyczyn praktycznie nie istnieje. Powstają owszem sekcje judo, pływackie, tańca, dobrze idzie szkoła muzyczna, ale chyba nie o to chodzi. Zakopane idzie w kierunku typowej miejscowości podgórskiej. Kiełbasa owinęła to miasto! A na wierzchu jeszcze trochę musztardy…

SKI: Rozmawiamy o tym, bo w Pana krwi jako Zakopiańczyka i górala narciarstwo istniało od zawsze…
ABC: Mnie to szczególnie mocno boli, bo po prostu jestem już człowiekiem starym. Może nie starcem, ale właśnie starym, który nosi zakopiańskie narciarstwo w sobie od 60 lat. Od tylu lat mogę mówić o narciarstwie. Od dziecka noszę w sobie marzenia o normalności narciarskiej w Tatrach. Za parę dni będę obchodził 60-lecie „donkiszoterii” w naszych górach. Chyba mi trzeba Sancho Pansy, żeby się gdzieś pojawił…

SKI: Pamiętam Pan swoje pierwsze kroki na nartach? Jak to wyglądało?
ABC: Były to jak najbardziej naturalne pobyty w niższych partiach gór. Moje okolice to były Lipki i Wierszyki. W zimie często mieszkałem u dziadków – u Wawrytków na Strążyskiej. Jeździłem na Lipkach i Wierszykach, wśród kumpli, który było parudziesięciu – nie paru. Wspólnie uprawialiśmy ogólnie pojęte narciarstwo na bazie skoków, biegów i slalomów, które były dla nas organizowane przez starszych, zapalonych kolegów. Głównie Kardaś i Marusarze nas w tym wspierali. Było to przepiękne czasy! Typowo górskie sportowe dzieciństwo.

SKI: Skąd pochodził sprzęt?
ABC: Nie przywiązywaliśmy do tego wagi, ale gdzieś ten temat sprzętu nie był nigdy problemem. Narty były oczywiście drewniane, smarowane świeczką. Czasem ktoś porwał smar z klubu lub z kadry. Znakomita politura była nakładana przed dziadka. Narty były dla wszystkich mniej więcej jednakowe. Nie był to element problematyczny. Jak komuś brakowało sprzętu to brał po prostu klepki z beczki – dwa kawałki z jakimś paskiem i też to fajnie jeździło. Nota bene, jak pan widzi, współcześnie wracamy do korzeni. Mogę się pochwalić, że 10 lat temu zgłosiłem w urzędzie patentowym w Lyonie tzw. narty beczkowe. Projekt umarł śmiercią naturalną, ale muszę przyznać, że dla mnie narty z tzw. rockerem to klasyczne deja vu i właśnie powrót do moich korzeni.

SKI: Górkę trzeba było sobie najpierw przygotować samemu, co sam dobrze pamiętam z dzieciństwa…
ABC: Oczywiście! Było to zupełnie normalne. Przy okazji był to znakomity wysiłek i rozgrzewka. Jakby inne podejście – zupełnie naturalne i zupełnie inne niż dzisiaj, gdzie już małe dziecko musi mieć twarde plastikowe buty. Nie umie się w ogóle w nich poruszać, co najwyżej jechać w dół, a jak chce podejść, to woła „mamusiu” albo „tatusiu”, gdy chce się wysiusiać.

Strony: 1 2 3 4