Polish Freeride Open 2011

Listopad 26th, 2011 Zostaw komentarz Idź do komentarzy

Freeskierzy i snowboardziści z Polski od lat mają okazję spotykać się na przeróżnych zawodach – większych lub mniejszych, ale odbywających się regularnie i rok w rok przyciągających coraz większą rzeszę chętnych do sprawdzenia swoich umiejętności w konkurencji big air. Czy jednak ambitni narciarze i snowboardziści poszukujący przygód poza wyratrakowanymi trasami także nie zasługują na swoje święto? Po wielu latach oczekiwań polscy pasjonaci freeride’u doczekali się wreszcie imprezy, której są głównymi bohaterami.

tg_110310_freeride_open_6783

Picture 1 of 6

Idea
Idea zorganizowania zawodów w jeździe w naturalnym terenie otwarcie pobrzmiewała w środowisku już od kilka sezonów. Europejskie i światowe imprezy tego typu rozgrzewały wyobraźnię wszystkich polskich freeriderów z zacięciem do rywalizacji. Biorąc jednak pod uwagę, na jakich zboczach rozgrywane są takie wydarzenia, jasnym było, że jedynymi nadającymi się do tego górami w Polsce są Tatry. Pierwotny plan zakładał zwrócenie się do władz Tatrzańskiego Parku Narodowego z pytaniem o możliwość organizacji takiej imprezy na zarządzanym przez nie terenie. „Spodziewaliśmy się, że TPN nie będzie chciał wydać takiej zgody, mimo wszystko postanowiliśmy jednak spróbować. Szanując racje stojące za odmową, musieliśmy znaleźć inne miejsce.” – wspominał przygody związane z powstawaniem tej imprezy jej organizator Andrzej Lesiewski. Niepowodzenie to nie zgasiło iskry pomysłowości i postanowiono, że zawody wcale nie muszą odbywać się w Polsce. Receptą miało być znalezienie skłonnego do współpracy i oddalonego maksimum o jeden dzień drogi ośrodka w Alpach. Tym sposobem, dzięki kontaktom i talentom organizacyjnym kilku osób, w początkach sezonu zimowego 2010/2011 wiadomo już było, że polskich freeriderów przyjmie austriackie Heiligenblut, położone u stóp majestatycznego Grossglocknera w Parku Narodowym Wysokich Taurów w Karyntii. „Biura promocji ośrodka Heiligenblut i regionu Karyntia niejednokrotnie pokazywały już wielką chęć współpracy przy organizowaniu wszelakich imprez, goszcząc u siebie m.in. World Ski Test. Znając ich pozytywne nastawienie oraz doskonałe tereny freeride’owe, bez wahania zaproponowałem ich kandydaturę na gospodarza zawodów” – opowiadał Tomek Osuchowski, który wspomagał Andrzeja Lesiewskiego w wysiłkach organizacyjnych. Nadal jednak, wielką niewiadomą była potencjalna frekwencja uczestników – nikt nigdy nie szacował, ile osób w Polsce jeździ poza trasami, a co więcej, nie było wcale takie oczywiste, czy ludzie ci zmobilizują się, by przejechać ponad 1000 km i wystartować w zawodach.

Przed zawodami
Powyższe wątpliwości rozwiane zostały jednak bardzo szybko. Na miejscu, już na dwa dni przed zawodami, w wąskich uliczkach Heiligenblut wszędzie było słychać polską mowę. Strzępy rozmów o zboczu, na którym rozgrywane są zawody, o warunkach i o planowanych liniach przejazdu docierały dosłownie zewsząd. W powietrzu dało się poczuć pewną sympatyczną wibrację, świadczącą o tym, że otaczają nas ludzie myślący podobnie do nas i poszukujący tego samego. Również w górach, w dniu poprzedzającym zawody, można było spotkać wielu rodaków próbujących swoich sił w terenie, starających nieco rozjeździć się i poznać warunki panujące na dzikich stokach otaczających ośrodek. Do Heiligenblut zawitał cały przekrój polskiego świata narciarskiego i snowboardowego. Nie zabrakło od dawna zadeklarowanych freeriderów czy czołowych speców od narciarskiego i snowboardowego freestyle’u próbujących przenieść swoje umiejętności w naturalny teren. Dodatkowo, pojawiło się kilku najlepszych polskich narciarzy alpejskich, którzy mimo, że na co dzień jeżdżą raczej po twardym i równym podłożu między tyczkami, to mają też duże ambicje związane z jazdą poza trasą. Resztę dopełniała ogromna ilość pasjonatów-amatorów oraz kilku zawodników z innych krajów, którzy jak pokazał dzień treningowy także prezentowali wysoki poziom. Wygrana pozostawała więc niewiadomą, a dodatkową atrakcją był fakt, że dla znakomitej większości osób start w tego typu rywalizacji był czymś absolutnie nowym. Na wieczornej odprawie przed zawodami stawiło się zatem ponad 80 zawodników! Organizatorzy nie kryli swojego olbrzymiego zaskoczenia tak wielkim zainteresowaniem imprezą już w pierwszym sezonie jej istnienia.

Dzień pierwszy
Dzień zawodów rozpoczął się dla wszystkich uczestników wcześnie, bo już o 7 rano i przy słonecznej pogodzie. Atmosfera nie była jednak tak sielankowa, jak podczas bezchmurnych dni treningowych. Nie wiadomo czy to wczesnoporanna godzina, czy też po prostu wkradający się do głów lekki stres przed startem, ale większość zawodników raczej w milczeniu wsiadała się do wagoników. Plan dnia był następujący – po dostaniu się do górnej stacji gondoli, należało zjechać na nartach do stóp góry, na której miało się wszystko rozegrać. Tam do dyspozycji zawodników był ratrak, który podwoził ich pod samo zbocze będące strefą zawodów. Stąd czekało wszystkich emocjonujące, 45-minutowe podejście, momentami eksponowaną granią, aż do punktu startowego. Dla bezpieczeństwa zawodników, służby ratownicze ośrodka zamontowały wcześniej liny poręczowe, a potencjalne miejsca wyzwolenia się lawin potraktowano korzystając z brutalności dynamitu. Od tego momentu wszystko zależało już wyłącznie od przybyłych narciarzy i snowboardzistów.
Na szczycie wiał dość mocny wiatr, jednak widoczność była wyśmienita i sędziowie usadowieni na mecie z lornetkami mogli z łatwością obserwować przejazdy dziewczyn – to one bowiem ruszyły jako pierwsze. Warianty przejazdów, jakie wybrało 10 obecnych zawodniczek, były bardzo różne, jednak to wyszkolenie techniczne narciarki Karoliny Klimek (na co dzień trenuje narciarstwo alpejskie) oraz doświadczenie w jeździe poza trasami snowboardzistki Miłki Niezgody (nie był to jej pierwszy start w zawodach freeride’owych) sprawiły, że to właśnie one stanęły na najwyższych stopniach podium w swoich kategoriach.
Konkurencja panów rozpoczęła się wkrótce po tym, jak ostatnie zawodniczki osiągnęły linię mety. Na szczycie i prowadzącej do niego grani zrobiło się nawet całkiem tłoczno, ale obecni tam ratownicy zabezpieczający arenę zawodów sprawnie kierowali ruchem. Wylosowawszy numer startowy raczej w pierwszej części zawodów, starałem się trzymać blisko platformy startowej. Tymczasem wiatr stawał się coraz bardziej zimny i dokuczliwy, w okolicach zaczęło pojawiać się też coraz więcej chmur wróżących, że pogoda może spłatać nam figla. Kolejni riderzy na radiową komendę sędziów opuszczali jednak bramkę startową, docierali do mety a przejazdy ich poddawane były skrupulatnym lecz błyskawicznym obradom jury. Tymczasem sprawy na górze zaczynały się znacznie komplikować. Każdy kolejny zawodnik musiał dłuższą chwilę czekać na starcie na sygnał od sędziów. Ci bowiem, coraz częściej przestawali widzieć górną część zbocza – gonione coraz silniejszym wiatrem chmury skutecznie spowijały stoki, a to z kolei uniemożliwiało należytą ocenę umiejętności i stylu przejazdu. Tylko co pewien czas pojawiały się „okna” w zachmurzeniu, dzięki czemu następni riderzy mogli ukończyć swoje linie. Gdy jednak przez dobre pół godziny przyszło nam stać na szczycie w oczekiwaniu na kolejną „dziurę w niebie”, sytuacja zaczęła wyglądać naprawdę kiepsko. Udało mi się jednak dotrzeć na start, by po kwadransie oczekiwania, aż kłęby chmur przewalą się przez szczyt i zaciskania z zimna zębów, wreszcie usłyszeć od startera upragnione „Jazda!”. W tym momencie było mi już wszystko jedno – wiedziałem, że chcę pojechać jak najlepiej, jednak odnalezienie swojej upatrzonej wcześniej linii w tych warunkach nie należało do łatwych. Mimo to jakimś cudem trafiłem w swoje punkty orientacyjne i szczęśliwie dotarłem do mety. Cóż z tego jednak, skoro na szczycie pozostała duża grupa zawodników, którzy mieli w perspektywie oczekiwanie na swoją kolej, w warunkach atmosferycznych powoli stających się nie do wytrzymania. Jak się za chwilę okazało, miałem sporo szczęścia – za mną puszczono jeszcze jednego zawodnika, po czym organizatorzy musieli podjąć bardzo trudną, ale jednocześnie konieczną ze względów bezpieczeństwa decyzję o przerwaniu zawodów w tym miejscu i sklasyfikowaniu wyłącznie damskiej części konkurencji.
Jak łatwo się domyślić, mimo lekkiego niedosytu, wszyscy doskonale zrozumieli motywy decyzji – w końcu były to zawody w dyscyplinie, w której pogoda i warunki grają kluczową rolę, a czynniki te w górach potrafią zmieniać się niezwykle dynamicznie. Humory poprawiły się tym bardziej, gdy ogłoszono, że nagrody od Armady, The North Face, Pieps’a i Montany przewidziane dla zwycięzców, zostaną rozlosowane pomiędzy wszystkich uczestników. Po południu, na głównym placu miasteczka zebrał się zatem spory tłum, gdzie wielu chcąc wynagrodzić sobie smutki, rozpoczęło już słynne „aprés ski”. Po rozdaniu nagród i dekoracji najlepszych zawodniczek, przyszła pora na wyczekiwane losowanie oraz drobne nagrody dla narciarza i snowboardzisty, którzy prowadzili do momentu przerwania rywalizacji. Tym samym wśród narciarzy nagrodzony został Jan Krzysztof Jr. za swoją linię z 360-tką, rozpoczętą i jakimś cudem szczęśliwie zakończoną na skałach, oraz snowboardowy wyjadacz Jakub „Kamel” Honcz za odważny przejazd wąskim żlebem w najbardziej dającej do myślenia strefie zbocza. Reszta nagród powędrowała do wszystkich tych którzy mieli nieco szczęścia w losowaniu – kilkanaście osób wyjechało więc z Heiligenblut w nowych kurtkach, z nowymi nartami, detektorami lawinowymi czy profesjonalnymi zestawami do serwisowania sprzętu. „Nie ukrywam, że ściganie na czas zaczyna mnie już troszkę nudzić, dlatego szukam jakiejś alternatywy. W zawodach typu takich jak Polish Freeride Open znalazłam to, czego mi brakowało: nutkę adrenalinki i dobrą zabawę. Dodatkowo zwycięstwo było miłym zaskoczeniem.” – mówiła zwyciężczyni kategorii narciarskiej Karolina Klimek. Najlepsza na jednej desce Miłka Niezgoda, przyjechała do Heiligenblut mimo, że nie planowała więcej startów w zawodach freeride’owych: „Dwa lata temu na Chopoku postanowiłam, że więcej nie będę startować w tego typu zawodach, głównie ze względu na chorą rywalizację i bardzo trudne warunki na trasie. Jednak, gdy dotarła do mnie informacja o Polish Freeride Open, musiałam złamać postanowienie. Cieszę się, że w tym roku atmosfera na starcie była luźna i przyjemna, za co wszystkim dziewczynom bardzo dziękuję.”
Pierwsze Polish Freeride Open mimo pogody, która nie chciała współpracować, okazało się sukcesem. Osoby, które być może nigdy nie wpadłyby na siebie w górach, miały okazję poznać się, wymienić doświadczenia i wspólnie pojeździć. Fakt, że zawody takie odbyły się, śmiało można uznać za otwarcie kolejnego rozdziału w polskim narciarstwie i snowboardzie. Organizatorzy mile zaskoczeni ogromnym zainteresowaniem, już zapowiedzieli kolejną edycję w marcu 2012 roku, a kwestia, kto zostanie najlepszym polskim freeriderem, nadal pozostaje otwarta.

Piotr Gnalicki

  1. Brak komentarzy
  1. Brak jeszcze trackbacków