Testy nart – Czy są potrzebne i jak je czytać?

Rozmowa
z TOMKIEM OSUCHOWSKIM

SKI: Tomek, znamy się od dawna – jesteś doświadczonym narciarzem, a przede wszystkim od wielu lat jesteś głęboko wrośnięty w branżę narciarską. Byłeś uczestnikiem wielu testów narciarskich. Chciałbym, żebyś podzielił się z czytelnikami Twoją opinią, jak należy podchodzić do tematyki testów?
Tomek Osuchowski: Przede wszystkim temat testów nart, to nie rozmowa o jakimś rankingu czy plebiscycie, lecz rozmowa o rzeczy znacznie ważniejszej, czyli o prawidłowym doborze nart. Temat, który ostatnimi laty jest szczególnie trudny dla narciarza, który chce wybrać dla siebie odpowiedni sprzęt.

SKI: Testy nart z pewnością mają funkcję systematyzującą?
T.O.: Zajrzałem niedawno do katalogu jednego z liderów rynku narciarskiego. W katalogu widnieją 53 modele nart w podstawowych grupach – nie licząc nart juniorskich. Dlatego temat doboru odpowiednich nart jest trudny. Jak przeciętny narciarz ma się zorientować w tej różnorodności? Jeszcze 15 lat temu firmy miały po kilka modeli nart, a kolekcje zmieniały się w praktyce co 2 lata. Teraz kolekcja zmienia się co roku – właściwie to jeszcze w trakcie sezonu. Po targach ISPO w Monachium, które są w lutym, firmy mają gotowe nowe kolekcje na następny sezon i wypuszczają je do sklepów!
Ja wyznaję podstawową zasadę – muszę powiedzieć o tym na samym początku:
„Nie ma złych nart – są albo źle dobrane, albo źle serwisowane, albo dany narciarz nie dorósł jeszcze do konkretnego modelu – czyli patrz punkt pierwszy”. To jest zasadnicza sprawa. Siłą rzeczy jedną z najważniejszych funkcji testu jest porównanie modeli różnych firm, w poszczególnych grupach według ich przydatności w różnych warunkach terenowo-śniegowych i w różnych rodzajach skrętów.

SKI: No właśnie, jaki według Ciebie jest ten „ogólny” podział?
T.O.: Grupy nart najlepiej obrazowo porównać do typów samochodów. Znakomicie się to sprawdza w praktyce:

1. Race – czyli narty dla zawodników, odpowiadają samochodom Formuły 1 lub autom WRC. Nie za bardzo nadają się do codziennego jeżdżenia – szybko jeżdżą po przygotowanych trasach, dobrze trzymają w skręcie, ale żyją krótko. Pamiętajmy, że np. slalomki FIS robione są tylko w dwóch rozmiarach 155 cm dla kobiet i 165 cm dla mężczyzn.
2. Race Carv – mają podobne parametry jak Race, ale łatwiej na nich jeździć normalnym ludziom – odpowiadają samochodom sportowym, ale takim, którymi da się jeździć po normalnych drogach – jak Porsche czy Ferrari.
3. Allmountain-Multicondition – to auta wszechstronne: SUV lub crossovery, wygodne na szosie, ale wyjadą także na nierówną łąkę. Są szalenie uniwersalne.
4. Allround – w praktyce grupa ta coraz bardziej zlewa się z Allmountain, w samochodach są to modele po prostu na co dzień – do pracy i na zakupy do miasta.
5. Freeride – prawdziwe auta 4×4, takie, które nie są zbyt komfortowe na asfalcie, za to poza szosą są w swoim żywiole! Są ciężkie – takie „do zarąbania” i niespecjalnie wygodne.
6. Freestyle – narty wiadomo: do halfpipu i skoków czyli park&pipe, a wśród aut to modele „odjechane”, ale dobrze wykonane (z pozytywnym lansem).
7. No i wreszcie narty damskie, które także dzielą się na powyższe 6 grup – a w autach także modele dla pań! Wspomaganie, kultura designu – obowiązkowe…

Warto wiedzieć, że narty dla kobiet nie są „gorsze” od męskich, lecz dopasowane są do specyfiki kobiecego ciała. Kobiety są z reguły 20% lżejsze niż mężczyźni, dlatego w nartach używa się innych materiałów, by deski także były 20% lżejsze od męskich. Panie mają mniejsze stopy, za to o wiele dłuższe i ładniejsze nogi, a co zatem idzie w porównaniu z nami zdecydowanie podniesiony środek ciężkości. Dlatego producenci zastosowali takie mocowanie wiązań, które uwzględnia te proporcje. Środek ciężkości narty kobiecej przesunięto nieco do przodu (1-1,5 cm), tak by paniom łatwiej było inicjować skręt. Kolorystyka nart także jest inna – z reguły dopasowana do kolekcji odzieży.

Tomek testuje narty na WST 2009

SKI: Tomek, jak już wspomniałem – brałeś udział w różnych testach. Jak Ty patrzysz na wyniki testów – czego w nich szukasz?
T.O.: Przede wszystkim testy nie są dla firm. Nie jeździmy na „firmach”, lecz na nartach. Testy są dla ludzi – mają pomóc w konsekwencji w doborze sprzętu.
Współprowadzę profesjonalny serwis narciarski w Zakopanem, który m.in. serwisuje deski kadrze PZN i kadrze snowboardowej i jestem przedstawicielem dużej firmy produkującej maszyny serwisowe. Mam swoje zdanie o jakości nart, które klienci przynoszą do serwisu, ale swoją opinię zachowuję dla siebie. Porównanie jakości poszczególnych firm jest bardzo trudne, a nie czarujmy się – dla tzw. „zwykłego narciarza”, który nie widzi środka (sandwich) nart – wręcz nierealne.
Dlatego ja szukam w testach wyłącznie statystyki: suchych cyfr – jak narta zachowuje się w różnych warunkach i skrętach na różnych podłożach. Szukam też oczywiście przynależności do poszczególnych grup. Dlatego podoba mi się formuła prezentowanego w SKI magazynie World SkiTestu. Wiem, kto testuje narty i patrzę na cyfry – to wszystko…

SKI: Wrócimy jeszcze do samego World SkiTestu. Rozwiń jeszcze temat prawidłowego doboru nart.
T.O.: Jak już mówiłem – w obecnych czasach klient stoi przed trudnym wyborem. Narty nie są tanim sportem, więc tym bardziej klient liczy na trafny wybór. Testy są oczywiście pomocne, ale nie przeceniałbym ich znaczenia. Jeśli je studiować bezrozumnie, to każdy powinien kupić narty topowe, a to przecież nieprawda! To, że jakieś narty są dobre dla ścigającego się atlety, nie znaczy, że będą dobre dla mnie. Jak już wspomniałem – testy są znakomitym źródłem informacji o grupach nart i od tego zaczynamy wybór, ale jeszcze raz powtarzam: to, że narta uzyskała najwyższą notę, nie oznacza, że jest ona dla mnie.
Trzeba znać swój styl jazdy i do tego dopasować wyniki – np. inicjacja skrętu: jedni wolą zaczynać skręt dynamicznie i od razu wchodzić na krawędź, a inni – również świetni narciarze – robią to spokojniej, a za to w drugiej i trzeciej fazie skrętu używają więcej dynamiki. Wszystko zależy od budowy ciała, siły, refleksu, wytrenowania etc.
Nie demonizowałbym znaczenia marek. Świat nart, jak i zresztą innych dziedzin, bardzo się zinternacjonalizował. Wiele modeli różnych marek robionych jest w tych samych fabrykach. Jak ktoś się mnie pyta, na jakich nartach jeżdżę na co dzień, to odpowiadam, że „na tych, co mi pasują, albo tych, które dostaje do przetestowania”. Nie nastawiam się do żadnej marki negatywnie. Podam prosty przykład. Kiedyś na teście dostałem narty pewnej marki z grupy Cross – Allmountain. Jeździło mi się na nich katastrofalnie!!! Mogłem skreślić model i markę i wszem i wobec głosić, że ta firma robi beznadziejne narty. Po dwóch zjazdach pojechałem wymienić na takie same, ale krótsze o 10 cm. Efekt był natychmiastowy – narty okazały się fantastyczne!
Po prostu w tej grupie, podobnie jak w grupie Race, długość koreluje ze sztywnością. Podobnie – topowe slalomki (Race) z reguły są sztywne, wymagające i cholernie drogie jak na ich wątpliwą trwałość… Za to w grupie Race Carve otrzymam dla siebie większy wybór slalomek. Wybiorę tzw. pierwsze, drugie albo nawet trzecie – proporcjonalnie do wagi, umiejętności czy dynamiki jazdy.

SKI: Oprócz testów takich jak World SkiTest brałeś także udział w testach organizowanych dla sprzedawców sklepów?
T.O.: Brałem udział w dwóch typach testów dla sklepów. Pierwszy typ, to najbardziej profesjonalny test – pod względem przygotowania nart – na jakim byłem. Coś niesamowitego – serwisant, który był na miejscu – przygotowywał narty przed każdym kolejnym przejazdem! Było piekielnie twardo, więc serwisant ściągał drut z krawędzi, smarował – no po prostu dopieszczał narty po każdym kliencie. Goście się uwijali w boksach serwisowych, a było co robić, bo testowało ze 150 osób.

SKI: Co to był za test?
T.O.: Był to test dla kadry zarządzającej i kupców, zamawiających kolekcje narciarskie w ogólnoświatowej sieci sklepów Intersport. Odbywał się w Niemczech. Dzięki wieloletniej znajomości i uprzejmości Prezesa Spółki Intersport Polska – Artka Mikołajko – zostałem zaproszony na taki test. Artur sam jest świetnym narciarzem – instruktorem PZN. Wychował się na sporcie i zna się na tym. Jest też zapalonym żeglarzem – niedawno opłynął przylądek Horn, jako kapitan jachtu.
Test Intersportu, połączony z targami, był imprezą zamkniętą i właściwie dyskretną, gdyż prezentowano modele specjalne, które będą sprzedawane w następnym sezonie – no i ich ceny… Tam decydowano o losach zamawianych kolekcji. Muszą o tym decydować fachowcy obdarzeni wiedzą o rynku narciarskim i handlowym nosem. Narty zamówić trzeba wiosną, a sprzedać je jesienią, a wszystko w trosce o klienta. Źle dobrana kolekcja to plajta.
Już o tym mówiliśmy, że wszystkie firmy po swojemu nazywają grupy nart – to jest oczywiście chwyt marketingowy, ale nie ułatwia to sprzedaży. Sprzedawcy w sklepach muszą te grupy klasyfikować….. Jest to bardzo trudne zadanie i ciężko to zapamiętać, jeśli ktoś nie jest fanem narciarstwa. Dobry sprzedawca nie musi być perfekcyjnym narciarzem, ale musi to być pasjonat narciarstwa i musi kochać to, co robi. Wiedzę o tym trzeba najpierw przekazać sprzedawcom, i do tego potrzebne są testy, czyli praktyka. Źle dobrane narty rzutują na opinię o sklepie. Klient najczęściej powie, że to „narty są do kitu, potem firma, a na końcu sprzedawca”, chociaż sam przypalił się na drogi i wymagający model.
Osobiście przeszkoliłem 600 sprzedawców i kilkudziesięciu serwisantów Intersportu i wielu innych z dużych sklepów sportowych. Rozmawialiśmy wiele o nartach i wynikach testów…

SKI: No właśnie – taki test Intersportu to w rzeczywistości prawdziwy plebiscyt?
T.O.: Dokładnie tak jest! Wygrywają te narty, które ostatecznie Intersport kupi. Oczywiście decyduje cena i warunki sprzedaży, ale liczy się także to, kto ma lepszy marketing, a więc zawodników w swoim teamie, kto lepiej dba o wizerunek i design produktów. Słowem kto jest na topie. Jednak w momencie, kiedy ceny i warunki nie różnią się zbytnio – a to jest w tej chwili normalne – to decyduje indywidualne wrażenie uczestnika testu, a tego nie da się kupić.

SKI: A ten drugi rodzaj testów dla sklepów?
T.O.: Są to testy, w których biorę udział najczęściej. Dystrybutorzy, często we współpracy z producentami, zapraszają na testy na śniegu przedstawicieli sklepów, którzy testują całą kolekcję danej marki. Pozwala to wyrobić sobie pogląd i pomaga w złożeniu właściwego zamówienia. Dodatkowo testy zbliżają sprzedawców do marki. Jest to bardzo ważna część biznesu narciarskiego. Byłem na testach kilkunastu firm.

Hans Knauss, Franz Klammer, Christian Mayer

SKI: W ten sposób znów wróciliśmy do World SkiTestu. Jakie są Twoje wrażenia po kolejnej edycji?
T.O.: Atmosfera testu jest znakomita. Nazwiska mówią same za siebie – dyrektorem testu jest Franz Klammer – żywa legenda narciarstwa. Miałem okazję poznać Franza kilkanaście lat temu, gdy wspólnie robiliśmy promocję austriackiej Karyntii. Przekonałem się wtedy, że Klammer jest w Austrii prawdziwym bohaterem i jest sława jest powszechna. Cóż – jak ktoś wygrywał na najtrudniejszych trasach zjazdowych i fruwał po kilkadziesiąt metrów w barwach Austrii, bez siatek, zabezpieczeń i profili stoków stosowanych dzisiaj, to nie ma co się dziwić, że ludzie go kochają. W normalnym świecie to norma, albo jak kto woli patriotyzm. Jest to przemiły człowiek i wciąż ma nogi ze stali, o czym nieraz się przekonałem jadąc z nim w kopnym śniegu. Mimo, że jest związany z jedną z marek, nie widać, by ją specjalnie forował. W teście biorą też udział inne znane nazwiska, nieco młodszych alpejskich weteranów jak Fritz Strobl, Christian Mayer, Hans Knauss, a wśród pań Urska Hrovat czy Ingrid Salvenmoser. Są także młode gwiazdy jak Marlies Schild czy Reinfried Herbst. Wystarczy popatrzeć na listę testerów, wpisać nazwisko w google i wiemy, kto stoi za tymi wynikami. Tak jak już wspomniałem – mnie w teście interesuje wyłącznie statystyka, czyli podział na grupy i tabelki wyników. Opinie tzw. przymiotnikowe uważam za kompletnie niemiarodajne i niepotrzebne.
Jako człowiek, który co nieco zna się na nartach, nie szukam zaskoczeń i sensacji – szukam skali – nie szukam sądów rzuconych w powietrze. Opinie rzucona luźno może zrujnować odbiór narty, a fakty mogą być zupełnie inne. Opinia „przymiotnikowa” o danej narcie może być zależna od chwilowej kondycji testera, pory dnia na stoku, kolejności testowania czy interwałów odpoczynek-zjazd, albo… wyglądu narty.

Jedzie Fritz Strobl


Na World SkiTeście, podoba mi się to, że „trzeba jeździć”. Wśród czterech grup biorących udział w WST tj. zawodnicy, dziennikarze związani z nartami, przedstawiciele branży narciarskiej i wreszcie juniorzy z miejscowych klubów narciarskich, nie ma maruderów. Trzeba jeździć i być w dobrej formie, by nadążyć za tempem testu. Te 12-14 zjazdów w jednej grupie nart trzeba wykonać w tempie, jadąc non-stopy w dół, bo inaczej przeszkadzamy innym harmonijnie testować. Nie można postać i się poopalać – nie ma na to czasu! Tutaj anegdota: po mniej więcej 10 zjeździe Franz pyta mnie:
- „Tomas – czemu się nie uśmiechasz?”
A ja mu na to:
- „Jak się mam uśmiechać, jak mi nogi włażą do….”
Tak to mniej więcej wygląda…
Podoba mi się pomysł, że na pierwszych nartach zjeżdża się jeszcze raz na końcu. To bardzo dobra idea, bo pierwszy zjazd zawsze odbiera się inaczej. Wynik mógłby być wypaczony.

SKI: A co sądzisz o zaklejaniu nart folią?
T.O.: Jest to ciekawa sprawa, choć oczywiście dla kogoś, kto widzi na co dzień wiele nart, odróżnienie jednej firmy od drugiej nie jest takie trudne, mimo że narta jest szczelnie zaklejona na czarno. Jednak ja na to patrzę z innej strony: dobrze że narty są zaklejone, bo to odcina cię od oceny estetycznej. Oceniasz nartę nogami, a nie oczami. Ogólnie muszę powiedzieć, że organizatorzy dokładają wszelkich starań, by testowanie było jak najbardziej fair. Jest to najbardziej obiektywny test, na jakim miałem okazję być. Są oczywiście firmy, które mogą być niezadowolone z wyników, ale takie jest życie. Pamiętasz, jak dwa lata temu jedna z firm przywiozła na test narty totalnie nieprzygotowane? Niejako sama skazała się na porażkę….. Zawodnicy momentalnie to wychwycili, a serwisant wyleciał z pracy. Podoba mi się także podejście do testu samych zawodników. Nie są to ludzie, którzy marudzą, bo są przyzwyczajeni do ciężkiej pracy – wstają o 5 rano i sumiennie wykonują swoje zadanie.

SKI: Szkoda, że w teście nie uczestniczy więcej „zawodowych” narciarzy z Polski…
T.O.: Dokładnie! Sam namówiłem mojego syna, żeby pojechał na test i teraz jeździ tam w miarę możliwości, bo to jest szansa, żeby przetestować wszystkie marki w jednym miejscu. Mamy w Polsce swoich świetnych narciarzy, a polskie środowisko jak „kania dżdżu” potrzebuje bohaterów. Można ich nietrudno znaleźć. Z czynnych zawodników Pucharu Świata mamy Agnieszkę Gąsienicę-Daniel, Maćka Bydlińskiego. Karolina Riemen walczy o paszport na Igrzyska Olimpijskie w skicrossie. A z byłych zawodników świetnym przykładem jest Artur Haber – jeden z najlepszych techników, jakich znam, a dzisiaj znakomity trener, czy Bartek Ptak, który wyszkolił już setki narciarzy.

SKI: Zapomnieliśmy o jeszcze jednym typie testów narciarskich – takim, który jest dostępny dla każdego narciarza…
T.O.: Oczywiście – żadna, nawet najbardziej szczegółowa analiza wyników testu nie zastąpi wypróbowania narty na śniegu. Gorąco zachęcam do brania udziału w testach na stokach, kiedy tylko nadarza się taka okazja. Świetną imprezą jest np. Demo Tour organizowany od kilku sezonów przez Rossignola. Wiele firm ma swoje centra testowe w różnych ośrodkach w Polsce, a np. w austriackim Soelden na lodowcu Rettenbach znajdują się centra testowe praktycznie wszystkich liczących się marek narciarskich. Także wspominane sklepy Intersport mają usługę Rent, w ramach której przed zakupem możemy przetestować narty na śniegu.

SKI : A co myślisz o forach internetowych jako źródle informacji, przydatnej przy doborze nart?
T.O.: Zaletą specjalistycznych portali jest to, że umożliwiają dostęp do szybkiej informacji, nowości, wydarzeń, w czym zdecydowanie wyprzedzają papier, w dodatku oszczędzają moje ukochane lasy. A fora? Podchodziłbym do nich ostrożnie, tym bardziej gdy spodziewamy się tam znaleźć fachowe porady, ponieważ anonimowość powoduje, że nie wiesz do końca, kto ci tych rad udziela. Na forach znajdziemy też opinie osób, chcących zrobić reklamę: sobie lub marce, którą chcą wypromować. Czasami też niszczą na zasadzie niezdrowej konkurencji inną markę, ale te prestiżowe bronią się same.
Często fora przypominają burzę w szklance wody – okazuje się, że zabiera tam głos tak naprawdę kilkanaście osób, na tysiąc wchodzących, które „biją pianę”, forsując swoje opinie. Niestety, często, kiedy zabraknie argumentów, pojawiają się wypowiedzi, które wymagają interwencji moderatora przywołującego uczestników do odpowiedniego poziomu i jakości dyskusji.
Drogę do prawidłowego wyboru widzę tak: studiując wyniki testów narciarskich, zastanowić się, jaki rodzaj narciarstwa preferujemy, gdyż tej grupy nart będziemy szukać w katalogu.
Oceńmy również naszą formę fizyczną, a także możliwości finansowe. Warto skorzystać z możliwości wypożyczenia nart w dobrym centrum testowym. Dobrze byłoby, aby naszą jazdę obejrzał i ocenił instruktor. Potem pozostaje tylko zakup wymarzonych desek.

SKI: Dziękuję za rozmowę!
T.O.: Fajnie byłoby żeby z całej tej naszej gadaniny w głowach czytelników pozostało przynamniej moje motto: „Nie ma złych nart – są tylko źle dobrane, albo nie serwisowane”

Rozmowę przeprowadził Jacek Trzemżalski